Menu

NYGUS

koreański/amerykański HH, RnB, Soul, Funk

Kendrick Lamar - To Pimp A Butterfly

powiedzaaaaa

to pimp a butterfly

Po paru miesiącach zwłoki (tu złowieszczy śmiech) w moim aucie wylądowała najnowsza płyta Lamara, "To Pimp A Butterfly". Cóż, nie jest to moja ulubiona płyta Kendricka. Głównie przez bity.

Muzyka jest dość rozczarowująca... Jeśli muzyka na płycie muzycznej jest dość rozczarowująca, to słabo o niej świadczy. Na "TPAB" widać wpływy głównie dwóch gatunków - funku i jazzu. I nic w tym złego. Kłopot w tym, że zajebiste bit posiada tylko kilka utworów: mocno funkowe kawałki "Wesley's Theory" i "King Kunta", do tego single "i" (mocna zrzyna z "That Lady" The Isley Brothers) i "Alright" (nieco jazzowy bit Pharrella), a poza nimi już stricte jazzowy "For Free?" z raperem/saxofonistą, Terracem Martinem, z którym Kendrick współpracował już przy równie wyjebanym kawałku "Ab-Soul's Outro" z "Section  80". I to w sumie tyle tych zajebistych.

Spoko są ciepłe, soulowe bity do "Momma" i "You ain't gotta lie", do tego reflexyjny, ostatni "Mortal Man".

Podkłady do całej reszty utworów (pół płyty) są mocno przeciętne, nie porywają, nie intrygują i pomimo wielokrotnego ich przesłuchania kompletnie nie zachodzą w pamięć i nie potrafię ich zanucić - muzyka, która wchodzi jednym uchem, a wychodzi drugim nikomu nie jest potrzebna. Pół płyty! Słabo. Sytuacja znana mi z "Overly Dedicated".

Takie "The Blacker The Berry" mogłoby się podobać przez swoją agresywność, brzmienie "prawdzego rapu"... ale mnie nudzi i nie umywa się do bitu z "Backseat freestyle", bitu z podobnej półki, z poprzedniej płyty. "For Sale? (interlude)" jest zwyczajnie nudny - muzycznie to prawie 5 minutowy reklamowy przerywnik pasujący do nalewania wody do wanny - taka opera mydlana z lekkimi, fantazyjnymi chórkami. Furory nie robi również Kendrick, który nawija w nim niby głosem dziewuszki imieniem Lucy, co tylko drażni ucho.

Ogólnie bowiem na "TPAB" Kendrick w kółko zmienia głos - raz nawija niskim głosem, raz wysokim, raz głosem dziecka, raz niby przez łzy, szlochając (druga część "u"). Trochę to denerwujące. Takie akcje zdarzały mu się już wcześniej, ale na nowej płycie to norma.

Normą jest tu również text pisany z czyjejś perspektywy, tj. takie wcielanie się w bohatera - raz nawija nam wspomniana Lucy, raz matka Lamara ("You ain't gotta lie"), raz jego ziomal ("Institutionalized"), itd. To zabieg typowo literacki, dzięki któremu Kendrick barwniej opisuje swoje otoczenie, oddaje różne punkty widzenia, motywacje, indywidualne słownictwo, itd. Mamy tu do czynienia z próbą stworzenia większego obrazu, a nie tylko wywalenia na wierzch swojej opinii, z czego rap słynie. I to jest akurat fajne.

Lirycznie Kendrick jest wciąż zajebisty, może nawet bardziej niż wcześniej. Technicznie wszedł chyba na wyższy poziom - wspomniany "Institutionalized" ma miejscami rymy poukładane jak klocki Lego, z dokładnością co do sylaby, w tych samych miejscach równoległych wersów. Niby nic nowego, jednak Kendrick używa do tego rymów ciekawych i  niestandardowych, nie wydymanych milion razy typu bitches/riches, itp. Identyczna sytuacja ma miejsce, np. w "Momma" - pierwsza zwrotka rozwala.

Coraz bardziej również rap Lamara przypomina slam poetycki (co nie jest wadą), zwłaszcza jeśli rzuca go pod jazzowe bity jak w "For Free?". Recytuje je zresztą i bez bitu - skity na zakończenie "i", "Mortal Man" czy przewijający się przez całą płytę wiersz "I remember you was conflicted..." odkrywany częściami, po nowym zdaniu za każdy kolejny utwór. Niestety za każdym razem Kendrick recytuje ów wiersz od początku, przez co non stop słuchamy tych samych zdań. Po kilku przesłuchaniach płyty wiersz ten staje się męczący i zbyteczny.

Poza singlami więc polecić mogę zaledwie kilka numerów:
"Institutionalized" to ciekawy kawałek. Muzycznie nasuwa mi dobre skojarzenia z płytą "Black Star" Mos Defa i Taliba Kweli, kawałkami typu "Thieves in the night" czy "Respiration", ale to tylko takie moje skojarzenia). W texcie mamy Kendricka i jego obecne problemy - rozbicie między życiem gwiazdy muzyki a czarnuchem z getta, który zaprasza swoich ziomów na rozdanie nagód BET Awards, a tamci okradają z Rolexów gwiazdy rapu, nowych kolegów Kendricka. Fajna metafora. Taki piękny motyl pośród alfonsów.

"Momma" jest dobrym, ciepłym numerem z fajnym bitem, refrenem, chórkami, ale co najważniejsze zajebistymi, mądrymi zwrotkami K-Dota, nawiniętych normalnym, poważnym głosem, bez udziwnień.

Inny numer to "You ain't gotta lie" (to kick it...) - pynto podwawelskiej dla tego, kto wie, z czyjego numeru to zdanie. Fajny, "płynący" bit, jak z połowy lat 90-ych, z charakterystyczną perkusją i "podbijającym" hi-hatem, do tego luźno śpiewany, relaxujący refren. Nie mogę niestety wygrzebać ze łba konkretnych kawałków w tym stylu, więc jeśli ktoś to czyta, to...

Pozostaje jeszcze kwestia 2paca, z którym Kendrick rzekomo przeprowadza wywiad, wykorzystując jego wypowiedzi z roku 1994. Przy całym szacunku dla obu panów - dla mnie to idiotyczny pomysł. Całe to podszywanie się młodych raperów pod legendę 2paca jest głupie, a już umieszczanie na płycie fikcyjnej rozmowy z Paciem jest żenujące. Gdy w klipie do "HiiiPower" Kendrick pisał o śnie z udziałem Paca i o jakimś tam przekazaniu Lamarowi posłannictwa, pomyślałem, że to dość zbyteczne i naiwne dorabianie otoczki do własnej osoby, ale kawałek tak mnie rozwalił, że nie miałem nic przeciwko takiemu posłańcowi. Z wywiadem to już jednak przesada i stawianie 2paca przed mikrofonem jako jakiś autorytet jest dla mnie śmieszne. To zwykłe podczepianie się pod legendę - coś jak ci wszyscy raperzy pokroju Dre'ya, którzy urządzają na koncertach momenty "in memory of", po czym wyświetlają zdjęcia Paca czy Eazy'ego E, którzy takiego Dre'ya wyzywali od pedałów... Pod publiczkę. "Build your own pyramids", Kendrick!

Ogólnie więc "To Pimp A Butterfly" jest niespójna muzycznie. Z jednej strony szybki g-funk z Georgem Clintonem, jak z początków Snoopa (ciągle "Wesley's Theory" kojarzy mi się z płytą "The Doggfather"), z drugiej strony jazz jak w mordę strzelił ("For Free?", "u"), z trzeciej nieco soulu (swoją drogą takie "Complexion" kojarzy mi się z płytą Speecha [tego z Arrested Development] z 1996r.), z czwartej stricte rap ("The Blacker The Berry") . Z jednej strony zajebiste "King Kunta" czy "Alright", z drugiej strony mierne "For Sale?".

Chyba zbyt wiele twarzy ma ta płyta. Ale za to ma Kendricka, rapera z duszą, zajebistą okładkę, single i świetne klipy (nie wiem tylko, co czarnuchy widzą w tych tłustych, krowich dupskach - tyle cellulitu w Polsce mają tylko stare, 70-letnie, grube baby):

© NYGUS
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci