Menu

NYGUS

koreański/amerykański HH, RnB, Soul, Funk

Kendrick Lamar - Overly Dedicated

powiedzaaaaa

                        OD

16 marca Kendrick Lamar wydał nową płytę, więc postanowiłem wrócić do jego legalnych początków i od jakiegoś miesiąca słucham w robocie "Overly Dedicated" w jednej z miliona edycji/wersji (bez "Night of the living junkies" i "Heaven & Hell" za to z "She needs me" i "I do this").

Trudno nie porównywać jej z kolejnymi płytami Lamara. W porównaniu do nich "OD" wypada przeciętnie. Słuchając jej mam wrażenie, że niemal każdemu z kawałków czegoś brakuje. Z reguły utwory na pierwszy odsłuch średnie, z upływem czasu i z każdym kolejnym przesłuchaniem nabierają jakości, odnajduje się w nich jakieś ukryte smaczki - w przypadku "OD" takie rzeczy nie mają miejsca. W ciągu wspomnianego miesiąca przesłuchałem tę płytę ponad 50 razy i tak jak po pierwszym jej włączeniu, tak i teraz uważam, że nie jest słaba - jest po prostu przeciętna i najwidoczniej, w związku z doskonałą "Section 80", odbieram to za wadę.

Po pierwsze na "OD" brak choćby jednej perełki, tj. kawałka, który wybija się ponad normę i którego można słuchać bez końca. "Ignorance Is Bliss" na tyle zachwycił samego Dre'ya, że ten zaprosił K-Dota do współpracy nad "Detoxem", co z kolei otworzyło temu drugiemu drzwi do wielkiej kariery, by kilka lat później mógł on przyjąć pokazowo koronę z rąk największych nazwisk zachodniego wybrzeża. Jak dla mnie "Ignorance..." to po prostu niezły kawałek z potężną stopą, która rozwala mi drzwi w aucie. Lepszym utworem wydaje mi się już "Average Joe" z bitem Wyldfyer'a, kojarzącym mi się z podkładem właśnie Dre'ya. Kawałek wydaje mi się być jakby z innej półki, poziom wyżej, płytę dalej... choć na "Section 80" by raczej nie pasował - zbyt hitowy.

Polecić z czystym sumieniem mogę również "Cut You Off" z zajebistym, subtelnym bitem, jakby granym na krawędziach szklanek (słuchając go mam skojarzenia z jakimś unikalnym zjawiskiem, zorzą polarną, itp.) oraz "She Needs Me" w remixie z Mursem i Domem Kennedym - numer w stylu tego drugiego. Do ciekawszych bitów zaliczyć wypada również "Alien Girl", jeden z całkiem sporej grupy utworów o tematyce damsko-męskiej na "OD", co wziąwszy pod uwagę dalsze płyty Lamara jest dość zaskakujące. Niezłe są "Opposites Attract", "The Heart Pt. 2" z bitem The Rootsów (słychać to) i Growing Apart (From Everything) z refrenem "dokąd my zmierzamy?", śpiewanym delikatnie przez Jhene Aiko, w sumie drugą po zmarłej Alori Joh damą ekipy Black Hippy.

Reszta kawałków jest dość słaba, a baunsowy "Michael Jordan" zdaje się kompletnie nie pasować do Kendricka - już bardziej do Schoolboya. W "R.O.T.C" gościnnie pojawia się BJ The Chicago Kid, który jednak wypadł kijowo cedząc wersy Bobby'ego Caldwella na przestrzeni zbyt wielu taktów. Oryginał brzmi o niebo lepiej. Dlatego też wersja Commona, tj. "The light" z tym samym refrenem jest jednym z jego większych hitów, a kawałka Kendricka nikt nie zapamięta.

Zakończę wspomnieniem Intro do "The Heart Pt. 2", tj. wypowiedzią takiego modelowego człowieka z pokolenia lat 80-ych, który nie wierzy w nic, myśli o samobójstwie zbyt często, a przy życiu trzymają go 4 butelki wody dziennie, 2 paczki fajek i... muzyka. To nagranie brzmi jak próba generalna przed "Section 80", które miało być, jest i już zawsze będzie czymś więcej niż płytą, tj. próbą przedstawienia i zrozumienia pokolenia "crack babies".

No i tyle. Miesiąc mija, wypada zmienić płytę w aucie.

© NYGUS
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci